Nomada już miała się rozebrać i zażyć kąpieli, ale ona jednak się nie zdecydowała.
Pomachał nieświadomej na pożegnanie i poczuł, jak chłodne powietrze poranka owiewa jego twarz. Ścieżka przed nim wiła się jeszcze w dół, prowadząc ku szerokiej drodze, która – jak sądził – zaprowadzi go aż do stacji. Kolory jesieni tańczyły na liściach, a wiatr szeptał coś, jak gdyby doceniając obecność podróżnika w swojej krainie spokoju i przemijania.
Wtedy … napotkał ją ponownie – Nomadę, którą minął kilka chwil wcześniej, kiedy szła w przeciwnym kierunku, niosąc na ramieniu koszyk pełen jagód. Tym razem spojrzała mu w oczy i zatrzymała się w pół kroku.
— Czyżby to nie byłeś ty z tamtej polany? — zapytała, nie kryjąc zdziwienia.
Kapitan przez moment milczał, jakby słowa wynurzone z mgły musiały odnaleźć swoje właściwe miejsce w jego myślach. W końcu skinął głową, uśmiechając się półgębkiem.
— Tak… to ja. Szukam odpowiedzi, które gdzieś się przede mną skryły… i chyba właśnie zaczęły wychodzić na światło dzienne.
Kobieta spojrzała wzdłuż drogi, jakby dostrzegając w niej coś, co dla innych umykało.
— Drogi bywają zwodnicze. Czasem to, czego szukamy, znajduje nas samego. — jej słowa odbiły się echem w powietrzu, jak metafora, którą można było potraktować dosłownie… albo metaforycznie.
I tak – oboje ruszyli dalej, stąpając po opadłych liściach i z każdym krokiem czując, jak ich opowieść dopiero się zaczyna.